Jeszcze tej samej nocy Sanchez, Kalkstein i McConnor zostali wezwani do starej rezydencji należącej do Syndykatu. Każdy oczywiście zjawił się z własną ochroną i był przekonany, że może to być pułapka. Przy wejściu odebrano im broń osobistą.
- To rozkaz wydany przez przewodniczącego - oznajmił jeden z ochroniarzy.
Angus McConnor wściekły splunął na podłogę.
- Nie podoba mi się to. Na coś takiego się nie umawiałem.
- Nikomu się nie podoba - odparł za chwilę Pedro Sanchez - Jesteśmy cholerny członkami rady. Każdy tutaj jest sobie równy.
Kilka minut później cała trójka siedziała już przy stole konferencyjnym. Ronald wszedł jako ostatni. Jego twarz była blada. Oczy podkrążone od bezsennych nocy, stresu i nerwów. Przez chwilę nikt się nie odzywał. W końcu Diamond położył na stole zakrwawioną koszulę.
— Rozpoznajecie ją?
Nikt nie odpowiedział.
— Należała do człowieka odpowiedzialnego za zamach na moje życie.
Kalkstein nawet nie mrugnął.
— I co z tego?
— To, że go znaleźliśmy.
Sanchez wyprostował się na krześle.
— Żyje?
— Już nie.
McConnor zaklął pod nosem.
— Zabiłeś go?
— Tak.
— Idiota.
Ronald spojrzał na Irlandczyka.
— Uważaj.
— Powiedziałby ci nazwisko zdrajcy.
— Zdążył powiedzieć wystarczająco dużo.
Zapadła cisza.
— Powiedział, że za zamachem stoi ktoś z rady Syndykatu.
W pomieszczeniu momentalnie zrobiło się zimno.
Każdy patrzył na każdego.
Każdy oceniał reakcje pozostałych.
— Czyli wracamy do punktu wyjścia — stwierdził Kalkstein.
— Nie — odpowiedział Ronald.
Wyciągnął kilka fotografii.
Pierwszą rzucił przed Sancheza.
Drugą przed McConnora.
Trzecią przed Kalksteina.
— Moi ludzie obserwowali was przez ostatnie tygodnie.
— Co? — syknął Sanchez.
— Słyszałeś.
Kalkstein spojrzał na zdjęcie.
Przedstawiało go wychodzącego z restauracji wraz z dwoma ludźmi Morettiego.
Przez krótką chwilę nawet on wyglądał na zaskoczonego.
— Chcesz mi powiedzieć, że nigdy ich nie spotkałeś? — zapytał Ronald.
— Spotkałem.
— A więc jednak.
— Spotkałem ich, żeby przekazać fałszywe informacje.
— Oczywiście.
— To prawda.
— Gówno prawda.
McConnor zaczął się śmiać.
— Wiedziałem.
— Zamknij się — warknął Kalkstein.
— Wiedziałem, że coś kombinujesz.
— A twoje spotkania z irlandzkimi bossami? — odgryzł się Jonathan.
— To moi ludzie.
— Coraz mniej twoi.
Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta.
W końcu Ronald podniósł rękę.
— Dość.
Nikt nie odpowiedział.
— Od tej chwili każdy członek rady znajduje się pod obserwacją.
— Nie masz takiego prawa — powiedział Kalkstein.
— Mam.
— Nie jesteś królem.
— Nie.
Ronald nachylił się nad stołem.
— Jestem człowiekiem, którego próbowano zamordować.
Tym razem nikt nie zaprotestował.
Kilka dni później wydarzyło się coś, czego Diamond nie przewidział.
Jonathan Kalkstein zniknął.
Po prostu rozpłynął się w powietrzu.
Nie pojawił się na spotkaniu.
Nie odbierał telefonów.
Nie było go w domu.
Nie było go w biurach.
Nie było go w żadnym z miejsc, które regularnie odwiedzał.
Ronald natychmiast wyczuł niebezpieczeństwo.
— Znajdźcie go.
Przeszukano pół miasta.
Bez skutku.
Dopiero po dwóch dniach jeden z informatorów przekazał niezwykle niepokojącą wiadomość.
Kalksteina widziano na terenie kontrolowanym przez Morettiego.
— Skurwysyn — wyszeptał Diamond.
Wszystko zaczynało układać się w logiczną całość.
Zamach.
Sabotaże.
Utrata magazynów.
Dostawy broni dla przeciwnika.
Coraz śmielsze ataki.
To nie mogło być dzieło przypadku.
Tymczasem Titus Moretti świętował.
W opuszczonym hotelu na obrzeżach miasta odbywało się spotkanie jego najważniejszych ludzi.
Przy długim stole siedziało ponad dwudziestu gangsterów.
Pośrodku znajdował się Jonathan Kalkstein.
— Witam oficjalnie po naszej stronie — powiedział Moretti.
Kilku obecnych zaczęło bić brawo.
Starszy mężczyzna uśmiechnął się.
— Ronald jest skończony.
— Jeszcze żyje — zauważył Frank Toletto.
— Jeszcze.
— Ma wielu wiernych ludzi.
— Nie na długo.
Moretti rozłożył mapę miasta.
Znajdowały się na niej dziesiątki oznaczeń.
— Za trzy dni uderzymy jednocześnie.
— Gdzie?
— Wszędzie.
Magazyny.
Punkty poboru haraczy.
Kasyna.
Kluby nocne.
Składy broni.
Wszystko.
— Chcę, żeby Syndykat obudził się pewnego ranka i zrozumiał, że już nie istnieje.
Agent Michael Turner również otrzymał informacje o zniknięciu Kalksteina.
Uśmiechnął się.
— Wreszcie.
— Co pan ma na myśli? — zapytał jeden z agentów.
— Wojnę.
— Jest pan tego pewien?
— Tak.
Turner spojrzał przez okno.
— I właśnie weszła w decydującą fazę.
Atak nastąpił trzy dni później.
Był jeszcze bardziej brutalny od poprzednich.
W ciągu jednej nocy doszło do ponad trzydziestu strzelanin.
Płonęły budynki.
Eksplodowały samochody.
Policja nie nadążała z reakcją.
W szpitalach brakowało miejsc.
Lokalne media mówiły już otwarcie o wojnie mafijnej.
Syndykat poniósł ogromne straty.
Zginęło kilkunastu ludzi.
Kilkudziesięciu zostało rannych.
Stracono kolejne magazyny.
Wielu gangsterów zaczęło uciekać.
Nie chcieli ginąć za organizację, która najwyraźniej tonęła.
Ronald siedział w swoim gabinecie i słuchał raportów.
Każdy był gorszy od poprzedniego.
W pewnym momencie uderzył szklanką o ścianę.
Szkło rozprysło się po całym pokoju.
— Dosyć!
Wszyscy zamilkli.
— Chcecie mi powiedzieć, że garstka ludzi Morettiego niszczy największą organizację przestępczą w mieście?!
Nikt nie odpowiedział.
— Gdzie są moi kapitanowie?!
— Część nie żyje.
— A pozostali?
— Niektórzy przeszli na drugą stronę.
Ronald poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg.
Po raz pierwszy od wielu lat naprawdę się przestraszył.
Wieczorem odwiedził go Angus McConnor.
Irlandczyk wyglądał gorzej niż zwykle.
— Musimy porozmawiać.
— O czym?
— O przyszłości.
Ronald zmrużył oczy.
— Mów.
— Organizacja się rozpada.
— Wiem.
— Nie. Ty nie rozumiesz.
Angus usiadł naprzeciwko niego.
— Ludzie zaczynają wybierać strony.
— Jakie strony?
— Twoją albo Morettiego.
— I?
— Coraz mniej wybiera ciebie.
Przez chwilę Ronald nic nie mówił.
Potem spojrzał na starego gangstera.
— A ty?
McConnor zawahał się.
Pierwszy raz od wielu lat.
— Ja jeszcze jestem po twojej stronie.
Jeszcze.
To słowo zabrzmiało głośniej niż wszystkie wcześniejsze.
Ronald doskonale zrozumiał jego znaczenie.
Następnego ranka wydarzyło się coś jeszcze gorszego.
Eberhard Donelly podpisał umowę z federalnymi.
Zgodził się zeznawać.
FBI otrzymało dostęp do ogromnej ilości informacji.
Nazwisk.
Adresów.
Kont bankowych.
Magazynów.
Kontaktów politycznych.
Przez całe popołudnie trwały kolejne naloty.
Aresztowano ponad pięćdziesiąt osób.
Turner patrzył na listę zatrzymanych z ogromną satysfakcją.
— Syndykat umiera.
— A Moretti? — zapytał komisarz.
— On też popełni błąd.
— Jest pan pewien?
— Każdy gangster popełnia w końcu błąd.
Tego samego wieczoru Ronald podjął decyzję.
Najważniejszą w swoim życiu.
Zwołał wszystkich wiernych sobie ludzi.
Ponad stu uzbrojonych gangsterów zgromadziło się w starym magazynie.
Mężczyźni rozmawiali półgłosem.
Niektórzy byli ranni.
Inni zmęczeni.
Wszyscy jednak czekali.
W końcu Diamond wszedł na prowizoryczne podium.
Spojrzał na zgromadzonych.
— Wielu uważa, że przegraliśmy.
Nikt się nie odezwał.
— Wielu uważa, że Syndykat już nie istnieje.
Dalej cisza.
— Wielu uważa, że jestem skończony.
Teraz kilka osób pokręciło głowami.
Ronald uśmiechnął się po raz pierwszy od tygodni.
— Cóż.
Wyciągnął pistolet.
— Pokażemy im, jak bardzo się mylą.
W magazynie rozległy się okrzyki aprobaty.
— Jutro ruszamy po Morettiego.
— Tak jest! — krzyknął ktoś z tłumu.
— Żadnej obrony.
Żadnych negocjacji.
Żadnej litości.
Ronald przeładował broń.
— Ta wojna zakończy się dopiero wtedy, gdy jeden z nas będzie leżał w trumnie.
Tłum odpowiedział głośnym rykiem.
A gdzieś po drugiej stronie miasta Titus Moretti przygotowywał się dokładnie do tego samego.
Obaj byli przekonani, że zwyciężą.
Obaj byli przekonani, że los jest po ich stronie.
I obaj nie zdawali sobie sprawy, że FBI zamierza uderzyć właśnie wtedy, gdy wzajemnie zaczną się wyniszczać.
Nadchodziła decydująca bitwa o miasto.
